Naszym gościem był Michał Kuzborski, pisarz, wydawca.
DARIUSZ WIECZORKOWSKI: Czy opłaca się w Polsce wydawać książki? Pisać książki?
MICHAŁ KUZBORSKI: No właśnie, to są dwie różne rzeczy.
Zacznijmy od pisania może.
Od pisania. Może się opłacać, ale jest to bardzo trudne, tak myślę. Na swoim przykładzie i na przykładzie różnych kolegów i koleżanek. Dlaczego to jest trudne? Opłacalność w ogóle nie powinna być tą pierwszą rzeczą, którą ktoś ma z tyłu głowy, jak w to idzie, bo to myślę, że nie kończy się świetnymi książkami. A dlaczego trudne? Jest taka amerykańska książka Bulletproof Author, czyli kuloodporny autor, po którą sięgnąłem pół roku po wydaniu swojej pierwszej książki, czyli pięć lat temu, bo byłem właśnie w takim pewnym rozczarowaniu po tym, jak książka, która się okazało, później sobie świetnie poradziła. W tej książce są statystyki. Te statystyki pokazują coś, z czego powinien sobie zdawać sprawę każdy, kto myśli o pisaniu czy też wydawaniu książek. Z książek żyje w Ameryce chyba jedna dziesiąta albo jedna setna procenta osób, które publikują. Jak sobie zdajesz sprawę, jakie to są liczby i też zestawisz to z karierą w IT, z którego ja się wywodzę, gdzieś tam biznesowo, w mediach, w których się poznaliśmy czy nawet myślę, że w takich już ciekawszych rzeczach artystyczno-usługowych, to wiesz, że w takim kasynie byś swoich pieniędzy nie zostawił, tak? Więc po prostu tak jest. Myślę, że trudniej jest pewnie tylko w muzyce. Może, nie wiem, jak ktoś chce być aktorem filmowym, to może tam te szanse są jeszcze niższe. No więc dlatego mówię, że jest to możliwe, no bo jest. Jednak dziesiąta procenta to są ci ludzie, którzy z tego żyją. Ale jest to bardzo trudne, bo te szanse są dużo niższe. No i wiesz, dlaczego to byłaby odpowiedź na 50 minut.
Mamy czas, a powiedz, a ten drugi wymiar bycie wydawcą? Dlaczego też równolegle realizujesz się w tym zakresie? Bo łatwiej jest to spiąć?
Że będę pisał, to wiedziałem od dziecka i zawsze miałem takie marzenie.
Pisałeś w gazecie.
Tak, pisałem w gazecie dokładnie i to była taka pierwsza, pierwsze pieniądze za zapisany tekst, ale gdzieś tam może zbrakowało odwagi, no i też były inne takie życiowe potrzeby do zaspokojenia, których no nie zaspokoisz tę jedną dziesiątą procenta szans, tak? Wiesz, trzeba gdzieś mieszkać, z czym siedzieć i tak dalej, więc pierwsze lata zawodowe robiłem coś innego zupełnie. Chciałem być poważnie traktowany. Miałem poczucie, że to może nie będą takie najgorsze książki, więc chciałem mieć dobrego redaktora, jakąś promocję poważną i tak dalej. No i wiedziałem, że w tamtym czasie, to był chyba 2017 czy 2018 rok, kiedy ja zabrałem się za poważne pisanie czy kończenie pierwszej powieści, no nie dostałbym raczej takich warunków. Dzisiaj jest, myślę, że trochę lepiej. A dwa, no trochę też ten self-publishing zaczął się robić dużą rzeczą. Był ten wielki sukces Michała Szafrańskiego, jego książki Finansowy Ninja. Oczywiście to jest poradnik, ale Michał Szafrański jest bardzo mądrym gościem. On bardzo fajnie rozpisał te swoje różne przygody przy wydawaniu książki. Pomyślałem, że jeżeli ułamek z tego by mi się udało zrobić, to to będzie tak drastycznie lepsze od historii, które opowiadali mi koledzy pisarze, którzy publikowali w dużych wydawnictwach, bo wtedy ten rynek wyglądał jeszcze gorzej niż dziś, tak mi się wydaje dla autorów.
Jak wchodzę w ostatnich latach do księgarni, to mam wrażenie, że jestem jedną już z nielicznych osób, które jeszcze nie wydały swojej książki. Takie mam przemyślenia i to jest jakby pierwsza rzecz, o której pomyślałem, że fajnie by było, żebyśmy się spotkali. A druga sprawa, o to Cię zapytam wprost, jak to jest właściwie tak fizycznie, wpaść na pomysł, dobra, to ja porzucam swoje, umówmy się, w Twoim wykonaniu wygodne, dobre życie, poukładane i rzucam się w kompletnie inny świat?
To był proces wieloetapowy, który, akurat w moim przypadku, ja zawsze o tym marzyłem, więc to nie było pod wpływem jakiegoś impulsu. Jak już miałem koło trzydziestki, to już czułem. Mówię sobie, że do trzydziestki pracuję w tym biznesie IT, a później już powinienem powoli z niego wychodzić, iść w innym kierunku. Przez pierwsze lata, po skończeniu tej trzydziestki, też chyba brakowało czy odwagi, czy możliwości i w końcu w jakimś takim trudnym momencie się na to zdecydowałem. Myśmy chyba nawet wtedy rozmawiali, to był taki czas, że ja mieszkałem chwilę za granicą, część rzeczy tam fajnie wychodziło, część rzeczy bardzo niefajnie i trzeba było ratować, wtedy tak stwierdziłem, że nigdy nie będzie tego właściwego momentu. Wtedy zrobiłem pierwszy krok. Nie byłem już na froncie w tym biznesie, tak w stu procentach, jak wcześniej, ale jeszcze przez pięć lat się bujałem. Natomiast to jest bardzo trudne, zwłaszcza jeżeli masz dużo odpowiedzialności, robisz duże tematy. Ja starałem się tę drugą powieść, żeby była lepsza od pierwszej, ona ma ponad 600 stron, jest wielowątkowa, ona potrzebowała naprawdę dużo RAM-u w tym mózgu i to się nie dawało połączyć z nieprzewidywalną pracą biznesową, gdzie jesteś na froncie. Klient dzwoni, no co z tego, że dzisiaj miałeś tylko pisać, jeżeli ten klient Ci załatwi na przykład kilka miesięcy wypłat dla pracowników, no to przecież mu nie powiesz: „wie Pan, przepraszam, ale teraz jestem artystą, to pogadamy w przyszłym tygodniu”. W przyszłym tygodniu oni pogadają z inną firmą. No i kilka takich wydarzeń miało miejsce, które sprawiły, że jakoś sobie to przemyślałem, stwierdziłem, dobra, stawiam na to, wtedy już miałem doświadczenie z pierwszej książki. Pierwszą książkę, kiedy wydawałem, to byłem jeszcze tak troszeczkę okrakiem na barykadzie, siedziałem jakby w dwóch rzeczywistościach, się poruszałem równolegle. Dzisiaj też jeszcze w jakaś tam mała część mojego czasu idzie na trochę sprzedawanie wiedzy i doświadczenia z tamtych biznesów, bo jednak dobre kilkanaście lat prowadziłem biznes, udało się tam parę rzeczy zrobić w Polsce, ale też poza Polskę. To były małe rzeczy, ale coś tam z tego pozwala mi dołożyć do budżetu pisarskiego. Da się rozkręcić też te pisarsko-wydawnicze rzeczy, nie?
Wracam do tego, o czym powiedziałem przed chwilą, wchodzisz do księgarni, masz wrażenie, że już każdy na każdy temat książkę wydał. Co wtedy myśli sobie Michał Kuzborski?
Michał Kuzborski jest w księgarni ze trzy razy w roku, kiedy trzeba komuś kupić prezent i nie zdążyłem zamówić czegoś przez internet.
Czyli rozumiem, że nie zwracasz na to uwagi w ogóle.
To jest tak, że już jesteś w tym, jeździsz na targi. Pierwszą książkę wydałem tuż przed pandemią, więc w ogóle nie miałem żadnego jeżdżenia, mogłem sobie patrzeć na kartony z książkami albo pojechać do magazynu i zobaczyć więcej kartonów ze swoimi książkami i tak zastanawiać się, jakie to jest życie nieprzewidywalne. To była taka właśnie droga też wyboista na początku. Natomiast przy drugiej pojeździłem, więc poznawałem mnóstwo autorów, bardzo fajnych ludzi. Teraz dla mnie to już jest tak, że patrzę i mówię: „Grzesiek nową książkę wydał”, „dobra, Robert, kolejna, super”, „ta mu się świetnie sprzedaje” i tak dalej. Wiesz, już patrzę, ja znam tych ludzi, znam te nazwiska i dla mnie oni wszyscy funkcjonują i to jest takie oczywiste. Jak rozmawiam z kimś, kto nie wydał jeszcze swojej książki, no to on nie żyje w tej bańce. Prawda jest taka, że takich naprawdę mega znanych autorów to w Polsce mamy kilku, kilkunastu, nie?
A ty jakim jesteś autorem?
Nieznanym.
Ale po tej rozmowie to się zmieni.
No na to liczę, dlatego tutaj przyjechałem. No mam swoich jakichś czytelników, bo pierwsza książka poszła z bardzo fajnym wynikiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wydawałem ją sam. Natomiast znany to jest Szczepan Twardoch. To mam na myśli mówiąc, że znany, bo każdy z nas wie, kto to jest.
O czym piszą czytelnicy do Ciebie w prywatnych wiadomościach? Jest coś, co na przykład z Tobą zostało na dłużej?
Więcej jest na pewno czytelniczek niż czytelników, to już tak w ogóle u wszystkich, natomiast myślę, że u mnie faceci też znajdują coś dla siebie, dlatego że to są trochę męsko napisane te książki, tak?
Czujesz się jak gwiazda rocka?
Od urodzenia i akurat przyszedłem w koszulce rockowej. Akurat pisanie książek tutaj ewentualnie może trochę obniżyć to poczucie. Czasami piszą coś miłego. Najfajniejszą rzeczą w ogóle w pisaniu jest to, że na te kilkanaście, nawet na dwadzieścia kilka godzin, w przypadku takich cegieł, jak „Złudzenie gracza”, twój umysł jest spleciony z umysłem innej osoby. Nie ma chyba większej satysfakcji dla autora, jeżeli ktoś przeczytał twoją książkę mniej więcej tak, jak chciałbyś, żeby została odczytana, albo jeszcze więcej z niej wyciągnął, to taka rozmowa z kimś, kto też intelektualnie nadążył za wszystkim fajnie, jest bardzo wynagradzająca i to są czasami takie wiadomości, że ktoś po prostu miał świetny czas, że tutaj się stresował albo z tą postacią się gdzieś tam trochę utożsamiał, to są chyba najfajniejsze rzeczy. Niedawno miał premierę audiobook, a ponieważ na drugiego audiobooka porwałem się na przeczytanie go samodzielnie i na szczęście to siadło, bo stres był duży, no to najczęściej mam, że fajna książka, a i lektor z pana fajny. Takie wiadomości teraz przychodzą.
A jak wygląda dzień pisarza? Marek Krajewski o tym mówił, że trzeba zrzucić z siebie piżamę, ubrać się odpowiednio i na przykład przez 8 godzin dziennie, nawet 10 dziennie po prostu taką książkę pisać. Ty tak samo robisz? Jaką ty masz metodę? Jak te książki powstają?
Ja też się porwałem na wydawanie swoich książek, co też niestety wydłuża czas między następnymi tytułami, bo nie ma co się oszukiwać, to jest dużo pracy, czy jeżdżenie na targi, czy kwestie formalne, czy organizowanie tego wszystkiego, to jest dużo pracy, którą normalnie robi wydawca, więc Marek Krajewski jest w tej sytuacji, że on ma tylko tą część pisarską.
Ale jak wygląda ten proces u Ciebie?
Jak jest praca nad książką i ona już wchodzi w ten etap, kiedy piszemy, a nie tylko pojawiają się pomysły, układamy sceny, fabułę, bohaterów, bo to da się robić, powiedzmy równolegle, po prostu to przychodzi, bo to jest bardziej taka inspiracja. Natomiast no koniec końców to musi mieć tą ciągłą, uporządkowaną formę, no to jest taki duży projekt. Każdy jest produktywny w innych godzinach. Ja mam tak, że najlepiej mi się pracuje i tak pracowałem przy jednej i drugiej książce, a mam dwupoziomowe mieszkanie, że po prostu budzę się, schodzę na dół w piżamie, włączam komputer, nic nie robię, nie odpalam żadnych głupich social mediów, nie sprawdzam wiadomości, może się świat kończyć, do dwunastej mnie to nie interesuje, ja po prostu piszę. To jest tak między taką szóstą, siódmą rano, jeżeli mi się uda tak wcześnie wstać, bo to też zależy, o której poszedłem dzień wcześniej, bo czasem jednak to pisanie się rozciąga. Do takiej dwunastej, trzynastej, czyli do pierwszej kawy, czasem drugiej kawy. To jest taki naprawdę dobry czas pisania. Później jeszcze jest taki ten drugi, powiedzmy blok i tyle. Tyle kreatywnie ja z siebie jestem w stanie wycisnąć w takich czasach intensywnego pisania, ale to niestety czasem przekłada się tylko na jedną stronę w ciągu całego dnia. Ale dużo skreślam, redaguję też zawsze rzeczy z dnia poprzedniego, ja mam takie podejście.
Media cię rozczarowały wiele lat temu, czy od początku wiedziałeś, że to będzie tylko przystanek do tego, żeby być w tym miejscu, w którym jesteś?
Nie, to zawsze miał być przystanek. Ja się bardzo cieszę z tego doświadczenia, że jako, wiesz, chłopak po maturze poszedłem do gazety. Jeszcze się załapałem na Słowo Polskie. Tyle sław dzisiaj z tego Słowa Polskiego wśród pisarzy też się gdzieś tam wywodzi. Dzięki temu mam bohatera tych dwóch powieści pierwszych, które napisałem, bo są takie około kryminalne. Moim bohaterem jest taki trochę niejednoznaczny moralnie PR-owiec i takich ludzi też na swojej drodze spotykałem, zwłaszcza jako nieopierzony dziennikarz. Byłem dla nich łatwym łupem, a ja myślałem, że mam fajnych kolegów. Z dzisiejszego punktu widzenia, z perspektywy lat, patrzę na to inaczej. Myślę sobie, że dobrze, że nie wykorzystali tak bardzo tej przyjaźni, bo pewnie bym się dał jakoś głupio zmanipulować. To było super dla mnie. Wiem, że też zaczynałeś w bardzo młodym wieku, więc wiesz, jakie to jest budujące, kiedy ktoś za pracę intelektualną ci płaci, zwłaszcza w tamtych czasach. Dzisiaj nie ma we Wrocławiu tak naprawdę bezrobocia, a w tamtych czasach, jak ktoś miał pracę, która była fajna, no to była to olbrzymia wartość, o którą należało się odpowiednio troszczyć.
Taki House of Cards, jako scenariusz, pomysł na książkę w wykonaniu wrocławsko-dolnośląskim, trochę nawiązując do tego, o czym powiedziałeś, to byłby dobry temat?
Na pewno we Wrocławiu byłby czytany, co więcej z wieloma kolegami, dziennikarzami, jak rozmawiam, to parę osób ma podobne pomysły na swoją książkę.
