Gościem DEWURADIO był prof. Uniwersytetu Wrocławskiego, medioznawca Adam Szynol.
DARIUSZ WIECZORKOWSKI: Zacznijmy od historii z Wrocławia, od lokalnego ośrodka TVP, o którym było dość głośno kilka tygodni temu. Sprawę nagłośnił jako pierwszy redaktor Marcin Torz, później kolejne tytuły medialne tę sprawę podniosły. Pan miał okazję ją komentować m.in. w Onecie, w tekście Tomasza Pajączka. Co właściwie może Pan powiedzieć o tej historii? Co tam się wydarzyło?
ADAM SZYNOL: Dość skomplikowana jest cała ta historia, ale w bardzo dużym skrócie pokazuje zależności między światem urzędowym – można tak powiedzieć – urzędem miasta, prezydentem, a mediami. W tym wypadku medium publicznym, jakim jest TVP3 Wrocław. Na tym styku doszło, jak się wydaje, do sporych nieprawidłowości. Świat mediów, a zwłaszcza dziennikarstwo, dostał mocno w kość, w tym sensie, że dziennikarze przygotowujący materiały – w tym przypadku chodziło konkretnie o redaktora Jałochę – stworzyli bardzo krytyczny materiał na temat prezydenta miasta Jacka Sutryka, kontynuujący wątek Collegium Humanum, i materiał ten został zablokowany.
To rzecz bardzo bolesna w dziennikarstwie. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której dobry materiał – choć ja go osobiście nie widziałem, ale inni dziennikarze go widzieli – solidnie udokumentowany, zostaje zatrzymany przez szefa oddziału TVP, to musi budzić duże wątpliwości. Ostatecznie, po naciskach i publikacjach medialnych, szefowa wrocławskiego oddziału, Ewa Wolniewicz, została zwolniona, więc to chyba świadczy o tym, że sprawa była naprawdę bulwersująca.
Nie zamknęła się ona jednak do końca, ponieważ wątek jest kontynuowany w postaci dosyć dziwnych relacji związanych ze zlecaniem finansowo gratyfikowanych programów dla TVP. Jak się okazało, jednym z producentów jest partner osoby zlecającej ze strony miasta, więc tutaj również pojawia się sporo nieprawidłowości.
Był Pan w ogóle zaskoczony, kiedy usłyszał Pan o tej historii?
Nie byłem zaskoczony tym, że istnieją trudne relacje między światem polityki i władzy a stroną medialną. Takie naciski były zawsze, są i będą. Na tym styku pojawiają się kolizje i jest to dosyć naturalne.
Natomiast tym, czym byłem zaskoczony – i to negatywnie – było zachowanie osób, które jeszcze kilka lat temu reprezentowały świat mediów i należały raczej do tych pozytywnych bohaterów. Kilka lat temu przeszły one na stronę PR-u, rzecznikowania prezydentowi czy urzędowi miasta, a następnie zaczęły wywierać bardzo mocną presję na świat mediów. Przechodząc na drugą stronę, jedną nogą pozostawały w środowisku medialnym i starały się wywierać na nie bardzo silne naciski.
Jeżeli słyszałem relacje – a donosiły mi o tym różne media, m.in. Onet i „Gazeta Wyborcza” – że prawa ręka prezydenta wydzwania po redakcjach i mówi: „ta relacja mi się nie podoba”, „ten dziennikarz mi się nie podoba”, to jest już zdecydowanie coś nie w porządku. Zaskoczyło mnie właśnie to, że osoby, które znają świat mediów i wcześniej były całkiem niezłymi dziennikarzami, tak bardzo zmieniły swoją postawę i zaczęły wywierać ogromny, powiedziałbym wręcz nieetyczny, wpływ na media.
Ostatnio przeprowadził Pan kilka konkretnych wywiadów dotyczących kondycji mediów w Polsce. Dlaczego dziennikarze nie potrafią sobie w naprawdę trudnych momentach poradzić z sytuacją, gdy widzą, że w ich miejscu pracy dochodzi do różnych nieprawidłowości? Jak Pan sądzi, dlaczego tak się dzieje i co mogą zrobić dziennikarze?
To dosyć skomplikowana kwestia, ponieważ mamy tutaj kilka wątków. Jednym z nich jest wciąż nieugruntowana pozycja mediów publicznych. Mimo że minęło już dwa i pół roku od początku zmiany politycznej, nadal nie mamy nowej ustawy medialnej. Nie mamy również ugruntowanej pozycji prawnej tych podmiotów. W dalszym ciągu funkcjonują one jako spółki w likwidacji.
Nawiasem mówiąc, oznacza to na przykład, że pracownik nie może wziąć kredytu, ponieważ spółka jest w likwidacji. To naprawdę pociąga za sobą poważne konsekwencje. Ale także dla samych dziennikarzy, w sensie zawodowym, trudniej jest stanąć pewnie wobec nacisków politycznych czy biznesowych, jeśli nie wiadomo, czy za rok nie nastąpi kolejne rozdanie polityczne i nie przyjdzie nowa ekipa z nowymi oczekiwaniami.
Czasami nie są to naciski bezpośrednie, ale bardzo często mają charakter pośredni. To jedna kwestia – status mediów publicznych jest nadal bardzo chwiejny.
Jeśli chodzi o media komercyjne, również wydarzyło się bardzo wiele. Mamy duże naciski ze strony big techów i trudną sytuację ekonomiczną mediów. Siła, którą kiedyś dysponowały niejako z automatu, dziś nie jest już taka oczywista. O pozycję na rynku i o duże zasięgi trzeba bardzo mocno walczyć. Ta walka jest trudna i czasami schodzi na manowce, czego przykładem była wszechobecna clickbaitowość.
To nie jest łatwa bitwa. Sytuacja samych dziennikarzy także jest skomplikowana i zależy od tego, jakie medium za nimi stoi, jaki mają zespół zarządzający i czy będą w stanie oprzeć się różnym naciskom. To naprawdę bardzo złożony problem.
Badania i analiza dziesięciu lat w mediach, którymi się Pan zajmuje. Mnóstwo rozmów za Panem. Mieliśmy okazję również rozmawiać. Jaki obraz się z tego wyłania?
To także bardzo złożony problem, ale gdyby spróbować wyciągnąć pewną średnią, można powiedzieć, że kondycja mediów w Polsce jest kiepska. Wynika to przede wszystkim ze zmian, które zaszły w ostatnich latach.
Jedni dziennikarze wskazywali na rok 2015 i zmianę polityczną, gdy konserwatywni populiści dokonywali gruntownych zmian w zasadach funkcjonowania systemu medialnego w Polsce. Mówię tu głównie o mediach publicznych, ale – jak wiemy – pojawiały się również próby podporządkowania mediów prywatnych. Na szczęście się to nie udało.
Inni wskazywali na rok 2010, czyli katastrofę smoleńską, po której rozpoczęła się bardzo silna polaryzacja społeczna. Przeniosła się ona niemal wprost do świata mediów. Większość dziennikarzy, z którymi rozmawiałem, podkreślała, że wcześniej, przed 2010 rokiem, dziennikarze tworzyli pewne środowisko. Nawet jeśli różnili się światopoglądowo, często funkcjonowali w jednej redakcji.
Dziś jest to właściwie nie do pomyślenia. Nawet przedstawiciele różnych redakcji często nie są w stanie spotkać się po jakimś wydarzeniu i po prostu porozmawiać przy kawie czy piwie. Są tak mocno okopani na swoich pozycjach, że jedni drugich wręcz wyzywają.
To rodzi wiele problemów. Począwszy od tego, że nie są w stanie niczego wspólnie wywalczyć dla środowiska. Jeden z bardzo doświadczonych dziennikarzy, który kiedyś kierował jednym z największych mediów w Polsce, powiedział mi: „Jakie środowisko? Nie ma żadnego środowiska”.
To dosyć ponury obraz, ale pojawiały się również pozytywne akcenty. Niektórzy rozmówcy wskazywali na pewien powrót do jakościowego dziennikarstwa. Mam wrażenie, że etap bezrefleksyjnej clickbaitowości mamy już częściowo za sobą. Zmiany w świecie big techów i algorytmów pokazały, że trzeba zadbać o własny, wartościowy kontent.
Zawartość naszych stron internetowych czy innych kanałów musi być wyjątkowa. Oprócz treści łatwo klikanych potrzebujemy czegoś, co przyciągnie i zbuduje lojalną grupę odbiorców. Widać więc pewien powrót do dziennikarstwa śledczego i bardziej pogłębionego. Powstaje coraz więcej lepszych jakościowo produktów medialnych.
Czy media są używane instrumentalnie? Czy ktoś z rozmówców wskazywał na takie zjawisko?
To zawsze trudny moment w dyskusji, bo większość dziennikarzy, z którymi rozmawiam – a byli to najczęściej ludzie z co najmniej dziesięcioletnim doświadczeniem, a niektórzy nawet trzydziestoletnim – to osoby o ugruntowanej pozycji. One same zwykle nie pozwalają sobie na to, by ktoś nimi sterował.
Nie mówię o dziennikarzach indywidualnie. Chodzi mi o to, że pracują w danych redakcjach i widzą pewne mechanizmy, na przykład niszczenia polityka, przedsiębiorstwa czy środowiska, gdy leży to w czyimś interesie. Pojawia się określony przekaz, który później jest rozpowszechniany różnymi metodami.
Myślę, że stąd bierze się także duża fluktuacja w zawodzie. Dziennikarze, widząc, że medium, w którym pracują, nie realizuje ich wartości czy punktu widzenia, albo – jak Pan mówi – jest niesprawiedliwe wobec jakiegoś środowiska, po prostu odchodzą i zmieniają redakcję.
Takich zmian w ostatnich latach było bardzo dużo. Niektórzy rzeczywiście okopali się po swoich stronach i dzisiaj większość osób, z którymi rozmawiałem, mówi o czymś takim jak dziennikarstwo tożsamościowe.
Przykładem może być Telewizja Republika. Wszyscy wiedzą, czym jest to medium. Jeżeli ktoś nie jest bardzo blisko związany z reprezentowaną tam opcją polityczną, po prostu tam nie trafia i nie będzie chciał z tym środowiskiem współpracować.
Choć z tym bym polemizował, bo gdy oglądam programy publicystyczne tej stacji, widzę polityków z różnych stron sceny politycznej. Dzisiejsza koalicja rządząca ma zapewne swoją ocenę Telewizji Republika, ale jednocześnie wie, że nie stać jej na całkowite ignorowanie tej anteny.
Najczęściej pojawiają się tam jednak politycy z drugiego czy trzeciego szeregu. To efekt tego, że stacja – mimo iż mam problem z nazywaniem jej klasycznym bytem dziennikarskim – osiągnęła zasięgi porównywalne z TVN24.
W efekcie świat polityki, a częściowo również biznesu, musi się z tym medium liczyć. Politycy mniej rozpoznawalni wykorzystują sytuację, mówiąc sobie: „Skoro ktoś z pierwszego szeregu tam nie pójdzie, to ja pójdę i zyskam widoczność”.
Co więc przed nami, dziennikarzami?
Świat ciekawy, zróżnicowany, dynamiczny i godny obserwowania, ale jednocześnie bardzo skomplikowany i niełatwy. Dla dziennikarstwa i mediów nie będą to łatwe czasy, ale z pewnością będą to czasy interesujące.
