NOWY JAMES BOND

Gościem DEWURADIO był Maciej Stasierski, krytyk filmowy, ale też jeden z fundamentów naszej stacji.

DARIUSZ WIECZORKOWSKI: Zaczynamy od nowego Jamesa Bonda, ponieważ nadal właściwie niewiele wiadomo, ale jak śledzę media, to coś się znowu zaczyna w tej dziedzinie dziać. Jaki ten nowy James Bond powinien być, zważywszy na to, że Daniel Craig naprawdę zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko?

MACIEJ STASIERSKI: Gdy dowiedzieliśmy się o tym, że to ma być nowy Bond, wtedy krytyka była bardzo brutalna, bo on był blondynem.

To jaki powinien być nowy?

Po pierwsze, nie powinien być finansowany przez Jeffa Bezosa, bo ta zmiana organizacyjna, czyli odebranie produkcji Bonda Barbarze Broccoli i Michaelowi Wilsonowi, doprowadziła do tego, że na nowego Bonda czekamy chyba już prawie cztery lata. Nawet nie mamy wybranego aktora, który będzie się dopiero przygotowywał do roli Bonda, a to jest rola bardzo ważna z punktu widzenia np. Wielkiej Brytanii. To ikona popkultury i również ikona tego kraju. Wybrano reżysera i zrobiono to szybko, ale w dziwny sposób, bo Denis Villeneuve nie jest reżyserem kojarzonym z tego typu filmami. To jednak twórca bardzo konceptualnego science fiction, a nie kina akcji z głównym, bardzo charyzmatycznym i czarującym bohaterem.

Myślę więc, że jeśli miałby być kontynuowany trend zaproponowany przez Daniela Craiga jako pierwszego naprawdę realistycznego Bonda – takiego, który miał słabości i który w końcu przecież zginął…

Zakochał się też, miał córkę.

Jedyne, czego nie zrobił, to nie wziął ślubu, ale to zostało odhaczone wcześniej, bo George Lazenby w filmie „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” wziął ślub, a żonę zabito mu od razu.

Tym bardziej że aktor, o którym wspomniałeś, zagrał tylko w jednym Bondzie.

Tak, jeszcze nakłamał producentom, że jest uznanym aktorem z Australii, a tak naprawdę był tylko modelem.

Jak właściwie wybrnąć z tej historii, mając na uwadze fakt, że w ostatnim filmie Bond ginie na wyspie? Trudno, spoilerujemy. Może ktoś jeszcze nie obejrzał Bonda, ale to już…

To już trudno. Gratulujemy i życzymy miłego seansu.

Jak z tego wybrnąć?

Myślę, że zostanie to rozegrane w ten sposób, że bardziej będziemy się koncentrować na numerze 007, a postać nosząca ten numer w MI6 niekoniecznie będzie musiała nazywać się James Bond.

Tym bardziej, że w ostatnim Bondzie była sytuacja, kiedy Bond wrócił do służby, a jego numer był już zajęty, więc może to faktycznie będzie płynne przejście.

Myślę też, że rozmowy dotyczące zmiany płci głównego bohatera tej serii były raczej początkiem dyskusji o nowym filmie. Mówiono np. o tym, że Gillian Anderson mogłaby zostać Bondem. To jednak było na początku całej debaty. Gillian Anderson jest już troszeczkę za stara do tego typu roli. Nie ujmując jej talentowi, bo to wybitna aktorka, ale jednak nie do filmu akcji.

„Diabeł ubiera się u Prady 2”. Miałem przyjemność wiele lat temu obejrzeć pierwszą część, chociaż i tak mam wrażenie, że zrobiłem to długo po premierze. No a co z dwójką?

Dwójka okazała się dużym sukcesem finansowym, ale – moim zdaniem – również artystycznym, bo jest lepszym filmem niż pierwsza część. Po prostu pierwszy „Diabeł ubiera się u Prady” bardzo źle się zestarzał. To film oparty głównie na tym, że Meryl Streep udaje złą osobę i kontroluje ludzi poprzez micromanagement, odbieranie im uprawnień i krytykowanie stroju. Dzisiaj już się tak nie robi. A poza tym ten film…

A zdziwię cię. Znam takie przypadki w wielkich firmach, gdzie naprawdę przychodzi menedżer wysokiego szczebla do jeszcze wyższego szczebla i ten najwyższy szczebel potrafi komuś powiedzieć, że jest źle ubrany.

A myślisz, że tak nie dzieje się też w polityce?

Chyba nie. Akurat w polityce wydaje mi się, że nie.

Nigdy nie mam wielkich nadziei wobec polityków. Natomiast myślę, że druga część „Diabeł ubiera się u Prady” jest lepsza dlatego, że skupia się na współczesnych tematach: wolności mediów, wpływie AI na rzeczywistość oraz tym, że media drukowane bardzo straciły na znaczeniu. „Runway”, czyli gazeta kierowana przez Mirandę Priestley graną przez Meryl Streep, musi odnaleźć się w nowych realiach.

Meryl Streep jest tu fantastyczna. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że będzie dobra w tym filmie. Mam wręcz wrażenie, że jest lepsza niż w pierwszej części, bo bez wysiłku daje nam pewną lekcję życia, a może bardziej lekcję tego, jak podchodzić do etosu pracy i jak czasem trzeba poruszać się po zakamarkach wielkich organizacji, żeby osiągnąć to, czego się chce. Meryl Streep mogłaby zagrać prawdopodobnie każdego.

Czyli polecasz?

Zdecydowanie. Myślę, że to jeden z najlepszych filmów na początek wakacji.

„Lalka”. Wracamy do tego wątku, choć zmieniamy redakcje, ale temat niezmiennie jest u nas na tapecie. Wiemy coś więcej o tej produkcji?

Wiemy tyle, że 30 września odbędzie się premiera filmu, a sama produkcja zebrała obsadę, jakiej chyba nie było w polskim kinie od czasów „Potopu” albo „Ziemi obiecanej”.

Albo „Pana Tadeusza”.

Albo „Pana Tadeusza”, czy „Ogniem i mieczem”.

Jeszcze „Zemstę” bym dorzucił.

Wszystkie te wielkie polskie superprodukcje – czy to Andrzeja Wajdy, czy Jerzego Hoffmana – zawsze miały imponujące obsady. Natomiast tutaj mamy reżysera Macieja Kawalskiego, twórcę „Niebezpiecznych dżentelmenów”. To jedyny jego film i – moim zdaniem – średnio udany. Dlatego fakt, że dostał duży budżet i możliwość nakręcenia „Lalki” po swojemu, z wybraną przez siebie obsadą, jest ogromnym wyzwaniem i odpowiedzialnością.

To przecież książka uznawana przez wielu uczniów za najtrudniejszą, ale też być może najlepszą polską powieść tego typu. Wiemy, że film jest już praktycznie nakręcony. Pojawiły się pierwsze zwiastuny i fotosy i rzeczywiście wygląda to tak, jakby zainwestowano w kostiumy, scenografię i obsadę. To prawdopodobnie wystarczy, żeby ta „Lalka” się udała.

A jaka ta „Lalka” powinna być? Współczesna czy jednak wierna literaturze?

Myślę, że „Lalka” sama w sobie jest bardzo współczesną powieścią, mimo XIX-wiecznego osadzenia. Dotyka kwestii rozwarstwienia społecznego i podziału społeczeństwa na elity oraz ludzi, którzy musieli walczyć o przetrwanie.

No i biednego Wokulskiego.

Wokulski jest bardzo interesującą postacią, bo nie pochodzi z elity. To człowiek, który się wybił i dorobił dzięki inteligencji i przedsiębiorczości. Myślę, że Marcin Dorociński świetnie sobie z tą rolą poradzi. Postawiłbym nawet tezę, że nie było dotąd roli, z którą sobie nie poradził. To może być jego opus magnum. Każdy aktor w jego wieku chciałby chyba zagrać Stanisława Wokulskiego.

Jeśli chodzi o Izabelę Łęcką, to myślę, że dla każdej aktorki jest to trudna rola, bo tej postaci po prostu nie da się lubić. Jest cyniczna i doskonale wie, za które sznurki pociągnąć, żeby wykorzystać Wokulskiego.

W pełni wyrachowana, można powiedzieć.

Tak. Zagra ją Kamila Urzędowska, która wystąpiła w „Chłopach”. Jest absolutnie przepiękną i bardzo dobrą aktorką. W „Ministrantach” zagrała cierpiącą matkę, która nie potrafi kochać własnego dziecka. Jestem bardzo ciekaw tej roli, bo pytanie brzmi: czy z Izabeli Łęckiej da się zrobić pełnokrwistą postać? Beata Tyszkiewicz stworzyła raczej pomnik, a Małgorzata Braunek została swego czasu bardzo mocno skrytykowana.

Wiem, że śledzisz festiwal w Cannes, którego ja nie śledzę. Mamy tam polski akcent. Czego się spodziewać?

Mamy polski akcent w postaci „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego z wybitną niemiecką aktorką Sandrą Hüller, nominowaną dwa lata temu do Oscara. Mówi się, że za ten film może otrzymać kolejną nominację. Gra tutaj żonę Thomasa Manna.

To pierwszy film konkursowy, który zebrał naprawdę dobre recenzje, bo – jak się okazuje – konkurs canneński w tym roku jest raczej słaby. Zwracał na to uwagę np. mój przyjaciel z bloga „Watching Closely”, który właśnie dlatego pierwszy raz od dziesięciu lat nie pojechał do Cannes.

I o czym to może świadczyć?

Myślę, że problemem jest bardzo skostniała dyrekcja festiwalu.

Konserwatywna?

Konserwatywna. Thierry Frémaux od kilkudziesięciu lat jest dyrektorem artystycznym Cannes. Stworzył markę festiwalu, który zaprasza ciągle tych samych ludzi, nieważne jakie filmy nakręcą. Dlatego w konkursie pojawiają się kolejni Farhadi czy Almodóvar, choć nikt nie wie, czy ich nowe filmy są rzeczywiście dobre. Żaden reżyser nie jest przecież gwarantem jakości. Nawet Martin Scorsese.

Trochę odcinanie kuponów?

To trochę towarzystwo wzajemnej adoracji. A do tego canneńska dyrekcja ma zwykle bardzo duży dystans do krytyki. Choćby na konferencji prasowej ogłaszającej konkurs mogliby zatrudnić tłumacza języka angielskiego, a tam wszyscy mówią wyłącznie po francusku. A Francja nie jest centrum świata.

Nie?

Moim zdaniem nie. Mam nadzieję, że nie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *